Jakub Kot: „Skoki kobiet to dla mnie nowe perspektywy i wyzwania”

Autor: Katarzyna Służewska, Opublikowano:
kot-jakub-3

Jakub Kot to 28-letni mieszkaniec Zakopanego, były skoczek narciarski i członek klubu AZS Zakopane. Chociaż sam już nie startuje w międzynarodowych zawodach, to aktualnie realizuje się w roli trenera.

Katarzyna Służewska, WinterSzus.pl (K.S.): Do swoich licznych funkcji, jakie pełnisz na skoczni, dorzuciłeś rolę trenera. Skąd pojawił się ten pomysł?

Jakub Kot (J.K.): Pomysł pojawił się stąd, że musiałem coś ze sobą zrobić. Po dwóch latach pracy w hotelu, o czym wszyscy już wiedzą, stwierdziłem że nie po to robiłem dwa kierunki na AWF-ie, poza tym zainteresowania sportem, aby w tym hotelu siedzieć. Dlatego też postanowiłem odejść z hotelu i zacząć coś nowego. Wiadomo, że im bliżej sportu, tym lepiej. Klub mi tutaj trochę wyciągnął rękę, bo utworzyła się grupa dziewczyn, którymi można było się zająć. Współpracuję również z Krystianem Długopolskim, który z kolei ma aktualnie starsze dziewczyny i trochę nie dawał rady z pogodzeniem tych dwóch grup. Do tego dochodziły mu jeszcze wyjazdy do Szczyrku. Propozycja była mi zatem na rękę, bo mogłem spróbować swoich sił jako trener.
Z góry sobie założyłem, że jakbym miał współpracować ze skoczkami, to wolałbym ze skoczkiniami. Raczej w skoki mężczyzn bym nie szedł, bo tam już zbyt wiele lat spędziłem. Ponadto jest tam zbyt wiele znajomych twarzy. Chciałem spróbować sił w czymś nowym, a skoki kobiet to jest jednak nowy sport, nowe perspektywy, nowe wyzwania – i to się udało. Mamy tutaj kilka dziewczyn z perspektywami i cieszę się z efektów współpracy podczas minionej zimy. Jak dalej będzie się to układał – aktualnie trudno powiedzieć.

K.S.: Z którym z klubów współpracujesz?

J.K.: Współpracuję z AZS Zakopane, czyli z klubem w którym skakałem. Dlatego też uważam, że z tego powodu wyciągnęli do mnie rękę, kiedy poprosiłem ich o pomoc. Nie sądzę, aby inny klub mnie wsparł, bo mają tam swoich trenerów i byłych zawodników.

K.S.: Jak liczna jest grupa, którą prowadzisz?

J.K.: Jeśli chodzi o te młodsze zawodniczki to zapisanych jest sześć dziewczyn. Jedna z nich, a dokładniej Marcysia Bełtowska, trenuje już w Szkole Mistrzostwa Sportowego, ale jako w klubie, to jest u nas. Tak jakoś fajnie się złożyło, że mamy trzy rodzeństwa – dwie Słowiki, dwie Polanowskie i dwie Bełtowskie, więc tym bardziej jest miła atmosfera, bo to są jednak rodzeństwa, które razem dodatkowo się uczą. Krystian ma natomiast te starsze zawodniczki.

K.S.: Z początkiem marca zakończył się sezon zimowy dla najmłodszych zawodników. Jak podsumowujesz ten okres?

J.K.: Na dobrą sprawę, to była dla nich pierwsza zima. Co prawda lato przeskakały, ale zima to jednak zima – zwłaszcza na tych małych skoczniach, które nie zawsze są dobrze przygotowane. Często zatem bywają ciężkie warunki, a czasem przez to i kontuzje. Wszyscy mnie przestrzegali, że lato to lato i po upadku może nic się nie stać, a zimą to różnie bywa, bo te upadki są groźniejsze. Cieszę się, że jakoś tą zimę przetrwaliśmy.
Wiadomo, że w pracy trenera liczy się cierpliwość i trudno oczekiwać, że po pół roku pracy z tak młodymi osobami będą jakieś wyniki, ale oczywiście sukcesem jest to, że Marcysia Bełtowska wygrała w klasyfikacji generalnej LOTOS Cup, a jej siostra – Pola, zajęła w niej trzecie miejsce, więc dwie dziewczyny z AZS-u na podium. To jak najbardziej wielki sukces. Jest to jednak nie tylko mój sukces, bo bardzo pomagali mi Krystian Długopolski i Andrzej Zarycki, więc widoczna jest tutaj taka fajna współpraca i trenerów i zawodników. To daje wyniki.
Dziewczyny te trenują zaledwie 8-12 miesięcy, więc trudno tutaj oczekiwać wielkich wyników. Na szczęście zimę przeżyliśmy bez większych urazów. Wiktoria miała cięższy upadek, po którym musiała przez miesiąc odpuścić treningi, ale cieszę się, że przez to zdarzenie nie zrezygnowała ze sportu.

K.S.: Ostatniej zimy miałeś również możliwość sprawdzenia się jako komentator w Eurosporcie. Skąd się wziął ten pomysł?

J.K.: Komentator, to źle powiedziane, bo nie komentowałem skoków. Byłem tam w roli eksperta, który je omawiał. Skąd się wzięła ta współpraca, to jest długa historia. Wszystko zaczęło się jednak od Uniwersjady w Ałmatach, która de facto była moją ostatnią. Wówczas Eurosport szukał wśród skoczków osoby, która opowiedziałaby coś po angielsku o sobie itd. Zadzwonili do mnie, że szukają kogoś, a że jechałem na te zawody, to sam się niejako zgłosiłem na ochotnika. Wiedziałem, że chłopaki to tak nie bardzo po angielsku będą chcieli rozmawiać. Materiał o mnie i rodzinie został nakręcony w Zakopanem podczas zawodów FIS Cup.
Przed Igrzyskami Olimpijskimi dali znać, że się spodobałem, bo okazałem się osobą rozmowną, a do tego pomocną, gdyż tutaj na miejscu wszystko im pokazałem i załatwiłem. Później również zaprosili mnie do studia podczas Pucharu Świata w Zakopanem. Cieszy mnie bardzo, że jest to Eurosport, bo jakby to była telewizja publiczna, to pewnie ludzie zarzuciliby, że załatwił mi to ojciec. A tak wiem, że do wszystkiego doszedłem sam. Pobyt w Paryżu był dla mnie rewelacyjnym czasem, spędzonym z super ludźmi, w super atmosferze. Było to również dla mnie nowe wyzwanie i nowe doświadczenie, więc cieszę się, że sobie sam to miejsce wywalczyłem.  Wiem, że jest to coś, co chciałbym robić. Poza tym jest to też kontakt ze sportem, z którego nie chcę rezygnować.

K.S.: Czyli nie żałujesz tego czasu, podczas którego musiałeś się rozstać z rodziną?

J.K.: Jak już powiedziałem tam w studiu – dla mnie największym sukcesem byłoby, jakbym na igrzyska pojechał jako skoczek, bo zawsze o tym marzyłem. Teraz dla mnie każdy taki wyjazd, czy to w roli komentatora, sędziego, delegata, to jest takie trochę zastępcze realizowanie siebie. Jednak nie żałuję tego, bo nawet moja żona powiedziała mi, że byłbym głupi, gdybym nie pojechał. Jak to w sporcie bywa – zawsze jest coś za coś. Będąc trenerem czy komentatorem, wyjazdy są czymś nieodłącznym, więc rodziny muszą do tego przywyknąć. Trzy tygodnie to długi czas i faktycznie trochę się dłużyło, ale było dużo pracy. Nie była to dla mnie męka, bo pracowało się w fajnej atmosferze, z fajnymi ludźmi.

K.S.: Razem z Maćkiem organizujecie spotkania z dziećmi, które mają im przybliżyć skoki narciarskie. Jaki był pierwotny zamysł tych spotkań?

J.K.: Będąc u schyłku pracy w hotelu szukałem różnych innych pomysłów na zajęcie. Praca w klubie, czyli treningi mniej więcej trzy razy w tygodniu, nie owocuje w pieniądze, dzięki którym można utrzymać rodzinę. Miałem z żoną kilka takich dni, że siedzieliśmy i zastanawialiśmy się, czym by można się tutaj zająć. Aśka zasugerowała, że jestem przecież osobą wygadaną, którą chętnie zapraszają do telewizji, do tego Maciek ma sukcesy, więc może by działać coś w tym kierunku. Dzwoniłem do różnych osób, aby się poradzić – był nawet pomysł robienia koszulek dla Maćka (który później został niejako wykorzystany przez 4F), ale to przecież może robić każdy. Aśka w końcu powiedziała, żebym robił to, czego nikt inny nie może robić. Tak narodził się pomysł, aby wykorzystać moje doświadczenie jako skoczka narciarskiego, a teraz jako trenera w tworzeniu projektów o tym sporcie na dobrą sprawę dla każdego – dla turystów, kibiców, osób w każdym wieku.  Dodatkowym plusem tego jest to, że Zakopane jest miastem turystycznym, więc możliwość posłuchania o skokach od samego zawodnika jest dodatkową atrakcją. Nie wiem czy jest to pomysł na życie, bo ten projekt dopiero się rozwija, ale mam nadzieję, że będzie to takie dopełnienie tej mojej trenerki. Nie chcę tutaj wyjść na materialistę, ale jestem w takim wieku i z takim wykształceniem, że muszę już myśleć o godnym utrzymaniu rodziny. Fajnie, że w ten projekt zaangażował się również Maciek, bo chociaż nie ma za dużo czasu, to jednak udostępnia swoje rzeczy, pamiątki. Skoki narciarskie są w Polsce bardzo popularne, i mam nadzieję, że przy różnych imprezach w Zakopanem będę mógł ludziom przybliżyć jeszcze bardziej ten sport.

K.S.: Czy w swojej „ofercie” macie tylko spotkania tutaj, w Zakopanem, czy jednak wyjazdy do innych miast również byłyby możliwe?

J.K.: Nie zamykam się na Zakopane. Zimą faktycznie mam co robić tutaj na miejscu – bo oprócz trenowania dziewczyn, jestem również instruktorem jazdy na nartach. Jednak gdy przychodzi wiosna czy lato to tych zawodów jest troszkę mniej, jest luźniejszy czas, więc wyjazdy do szkół będą jak najbardziej możliwe. Mam już nawet zaproszenie do szkoły w Warszawie czy do Sącza. W takim jednak przypadku, lepiej by było jakbym miał kilka szkół w Polsce do odwiedzenia, a nie że byłby to wyjazd na godzinę i powrót do domu. Wszystko jest jednak do dogrania, bo fajnie by było spotkać się z dziećmi np. z Białegostoku, które niekoniecznie mają możliwość wyjazdu do Zakopanego i opowiedzieć im trochę więcej o skokach, o przepisach, pokazać im narty czy kombinezon bądź też wykonać z nimi kilka imitacji skoku.

K.S.: Do tej pory nigdzie nie pojawiła się oficjalna informacja o tym, abyś zakończył swoją sportową karierę. Czy jest jeszcze szansa aby wystartował w jakiś zawodach?

J.K.: To jest trudny temat, bo faktycznie – nigdy nie powiedziałem, że jest to koniec. Nie będę ukrywał, że jest mi z tym ciężko. Zdaję sobie jednak sprawę, że powrót do skoków to jedno, a powrót do skakania na satysfakcjonującym mnie poziomie to drugie. Prawda jest taka, że ja narty mogę ubrać nawet dzisiaj i skoczyć. Jako hobby – na pewno sobie jeszcze skoczę, bo ciągnie mnie do tego. Jednak będąc w moim wieku czy w mojej obecnej sytuacji życiowej, kończenie takich Mistrzostw Polski na 20. miejscu czy zdobycie dwóch punktów w FIS Cup już nic mi nie daje. Daje mi jedynie satysfakcje i trochę adrenaliny, że siądę sobie na belce i oddam skok. Ale to trzeba mieć odpowiedni sprzęt, utrzymać odpowiednią wagę, czyli znowu poświęcić coś kosztem czegoś. Nie ma już z tego jednak pieniędzy – bo skacze za darmo, mam gorszy sprzęt – bo nie ma mnie w kadrze, więc nie mam szans rywalizować z tymi najlepszymi. Na pewno sobie jeszcze skoczę, bo jestem ciekawy jak się skacze na tej zmodernizowanej Wielkiej Krokwi. Może wezmę nawet udział w jakiś zawodach. Nie wrócę jednak do pełnowymiarowej kariery skoczka.

Źródło: informacja własna