Robert Mateja: „Trzeba było skoczyć 200 m przed Małyszem”

Autor: Julia Borowczyk, Opublikowano:
Robert Mateja

Robert Mateja to jeden ze skoczków starszej daty. Debiutował w 1992 r., a karierę zakończył po sezonie 2007/2008 i został asystentem ówczesnego trenera kadry A – Łukasza Kruczka. Wystąpił na Igrzyskach Olimpijskich w Nagano, Salt Lake City oraz w Turynie, a także kilkukrotnie zdobywał medale na Mistrzostwach Polski.

Julia Borowczyk, WinterSzus.pl (J.B): Nie można ukryć, że nie zawsze w polskich skokach było dobrze. Czego brakowało do ideału i osiągania sukcesów?

Robert Mateja (R.M): Nie wiem, aktualnie już tego nie wspominam. Myślę, że głównie były to warunki, jakie mieliśmy do skakania. W moim wieku juniorskim skoki praktycznie nie istniały. Mieliśmy przemianę ustrojową w kraju i zwyczajnie były inne, ważniejsze rzeczy niż rozwój chociażby skoków. Może później było już lepiej, ale faktem jest to, że w czasach juniorskich było po prostu fatalnie pod tym względem.

J.B.: Czyli można śmiało stwierdzić, iż warunki do skakania w Polsce były po prostu słabe?

R.M.: Słabe to mało powiedziane. W Polsce nie mieliśmy infrastruktury, żadnej skoczni. Musieliśmy korzystać z obiektów na Słowacji, co też nie było łatwe – tam skakaliśmy w Tatrzańskiej Lomnicy, w Plesie. Od czasu do czasu wybieraliśmy się do NRD, czy też do Rosji.

J.B.: Co z kwestią przygotowania technicznego? Czy zdarzały się sytuacje, kiedy mocno odstawaliście od innych państw pod tym względem?

R.M.: Myślę, że nie było aż tak źle. Trenerom nie było łatwo, gdyż mieli zamkniętą drogę za zachód. Wyjazd i podejrzenie jak wygląda ta kwestia za granicą było trudne. Nie wyjeżdżaliśmy też na zawody w tamte strony, gdzie po prostu zawodnicy byli najlepsi – ważną rolę odgrywał sprzęt. Zmieniło się to, kiedy do kadry przyszedł trener Pavel Mikeska. Wtedy bardziej otworzyliśmy się na świat.

J.B.: Co do trenera Mikeski. Jak Pan ocenia współpracę z nim? Można ją nazwać zadowalającą czy niekoniecznie?

R.M.: W moim przypadku bardzo dobrze. Myślę że dużo się od niego nauczyliśmy i trochę nam pokazał świata. Dzięki niemu wprowadzono u nas więcej nowinek technicznych. Dla mnie ta współpraca nie miała żadnych zastrzeżeń, ale jak wiadomo nie każdemu mogła ona przypasować. Trener Mikeska był człowiekiem wybuchowym, porywczym, chociażby wtedy jak coś mu nie wychodziło, lecz ja generalnie uważam, że była to bardzo udana współpraca i zawsze będę go szanował.

J.B.: Czy w Polskim Związku Narciarskim brakowało pieniędzy? Było ciężko pod tym względem?

R.M.: W latach ’90 było dobrze, mieliśmy stypendium, które można było dużo łatwiej uzyskać niż aktualnie, chociażby za dobre wyniki w Pucharze Kontynentalnym. Wtedy więcej zawodników miało dostęp do tych pieniędzy, a jeżeli chodzi o sprzęt to PZN zawsze stawał na wysokości zadania. Śmiało mogę stwierdzić, że to co było nam potrzebne to zwyczajnie mieliśmy.

J.B.: Choć przez chwilę czuł się Pan nadzieją polskich skoków narciarskich?

R.M.: Nie, nie myślałem o tym. W młodych latach wiadomo, chciało się osiągać jak najlepsze wyniki, kiedy oglądało się transmisje. Naszym wzorem w Polsce był przede wszystkim Piotr Fijas, ale też Jan Kowal i to właśnie do ich osiągnięć chcieliśmy dążyć. Faktem jest to, że o te spektakularne wyniki było bardzo trudno. Później cieszyły mnie chociażby wyjazdy na zawody, możliwość zobaczenia świata, a to jakie wyniki osiągałem było dodatkiem. W czasie swojej kariery byłem też w wojsku, potem skakałem w klubie i tak to leciało z dnia na dzień – bardziej niż na wynikach, skupiałem się na dobrze wykonywanej pracy.

J.B.: Czy uważa Pan, że jednym z największych Pana osiągnięć był skok 200-metrowy jako pierwszy Polak w historii?

R.M.: Dla mnie to wielkie osiągnięcie nie było. Każdy chciał skakać jak najdalej, ja miałem taki sam cel – aby jako pierwszy Polak skoczyć 200 metrów, trzeba to było zrobić przed Adamem Małyszem. Był to taki pośredni cel, lecz nie największy. Z mojej strony, największym sukcesem było 5. miejsce w Trondheim na Mistrzostwach Świata, gdybym tylko uzyskał wtedy lepsze noty za styl, mogłem zdobyć medal.

J.B.: Czyli zwyczajnie zawiniło lądowanie?

R.M.: Tak, w moim przypadku w drugim skoku. Gdyby nie słabe noty jakie uzyskałem, mógłbym stanąć wtedy na podium. Z tego co potem liczyliśmy, przy notach jak za pierwsze lądowanie, zająłbym najprawdopodobniej drugie miejsce.

J.B.: Gdyby musiałby Pan wybrać – skoki czy loty narciarskie i dlaczego?

R.M.: Myślę, że jedno i drugie, ale jest między nimi różnica. Na skoczniach o mniejszym punkcie K np. 120, skacze się bardziej rutynowo, wtedy nie ma się większych obaw. Natomiast na skoczniach do lotów pojawia się większa adrenalina, a kiedy do tego wieje wiatr, obawy są pełne. W locie czuje się pęd powietrza, a prędkość na progu jest też dużo większa, aczkolwiek zawsze było to dla mnie przyjemne.

J.B.: Wątpieniu nie podlega to, że w każdym sporcie występuje coś trudnego, a co według Pana, jest najtrudniejszą przeszkodą w skokach?

R.M.: Myślę, że w moim przypadku utrzymanie wagi, żeby zejść jak najniżej, ale potem też ją utrzymać, mimo wszelkich pokus. Ważne w tym było też to, żeby zachować siły. Bardzo lubiłem słodycze i trzeba było się ograniczać. Później, po rozpoczęciu współpracy z fizjologiem, profesorem Żołędziem, było łatwiej, lecz nie aż tak, żeby całkowicie zmniejszyć ochotę na chociażby te słodycze.

J.B.: Ogromne kontrowersje w świecie skoków narciarskich wzbudzają diety. Jak były one traktowane? Bardzo rygorystycznie czy nie dbano o to aż tak?

R.M.: Tak, z czasem zauważono z tym problem i zaczęto z tym walczyć. Po wykonaniu różnych eksperymentów, wyszło na to, że korzystniej jest mieć krótsze narty, a nadal wagę zmniejszać do jak najniższej, więc zaczęliśmy się na tym wzorować.

J.B.: Jest może coś, czego brakuje Panu z życia skoczka narciarskiego?

R.M.: Na pewno adrenaliny, chociażby tej przy lotach narciarskich. Wyjazdów i podróży mi nie brakuje, ponieważ w chwili obecnej jestem trenerem i wraz ze swoimi podopiecznymi też jeździmy. Jakoś 2-3 lata po zakończeniu kariery było mi trudno, od czasu do czasu oddałem jakiś skok, ale w tej chwili chęć na skakanie mi przeszła i już mi tego nie brakuje. Cieszę się z tego co mam i cieszy mnie to, że mogę nadal pracować w sporcie, który był moim całym życiem. Satysfakcjonuje mnie podpowiadanie młodszym i oglądanie dobrych skoków.

J.B.: Dziennikarze też odgrywają dużą rolę w każdym sporcie. Wywierali oni dużą presję, czy może wręcz przeciwnie – znikomą?

R.M.: W czasach mojej kariery nie było to aż tak powszechne jak aktualnie. Na pewno najbardziej wywierano ją na Adamie, który święcił swoje największe sukcesy. Miło było osiągać dobre wyniki, takie jak pierwsze drużynowe podium w Pucharze Świata, co było dużym zaskoczeniem, ale nawet w takim momencie dziennikarze skupiali się raczej na Małyszu.

J.B.: Co do Adama Małysza, jak wyglądała kwestia jego sukcesów? Bardziej motywowały czy przytłaczały?

R.M.: Myślę, że bardziej motywowały. Każdy chciał skakać jak najlepiej, a ja zawsze wierzyłem, że w karierze wyjdzie mi tak jak jemu. Spektakularnych sukcesów nigdy nie osiągnąłem, lecz zdarzyły się dobre konkursy w mojej karierze z których byłem zwyczajnie zadowolony. Adam jest młodszy ode mnie o 3 lata i obserwowałem go już na zawodach juniorskich. Wtedy było widać, że drzemie w nim potencjał i że będzie osiągał sukcesy w tym, co robi.

J.B.: Czy kiedykolwiek nastąpił moment, kiedy zazdrościł Pan Małyszowi?

R.M.: Raczej nie, bardziej niż zazdrość była to zwyczajna sportowa złość. Kiedy Adam skakał świetnie, to mi się to nie udawało. Wtedy zdawałem sobie sprawę z tego, co robiłem źle, czasem była to za mała prędkość na progu, nieprawidłowe wybicie albo problemy w locie. Czasem też sprzęt nie był dobrze dopasowany. Tak jak mówię, zazdrości w tym nie było, a bardziej złość na samego siebie.

J.B.: Trudno było się przyznać do popełnionych błędów chociażby przed dziennikarzami, kibicami?

R.M.: W sytuacji kiedy dostawałem pytania o mój słaby skok od razu po nim, nie raz trzeba było się ,,ugryźć w język”. Nie można było w takiej sytuacji powiedzieć tego, co się myśli, tylko trzeba było ,,odwrócić kota ogonem” i ,,robić dobrą minę do złej gry”. Było to trudne, ale jakoś się udawało.

J.B.: Zaczął Pan skakać kiedy skoki nie były w Polsce aż tak popularne. Uważa Pan, że jest jednym z tych, którzy rozsławili ten sport w naszym kraju?

R.M.: Raczej nie, aczkolwiek miło jest, kiedy ludzie mnie rozpoznają i płyną od nich miłe, ciepłe słowa.

J.B.: Co wyniósł Pan ze sportowego życia? Więcej pozytywów, czy może negatywów?

R.M.: Myślę, że dyscyplinę, ciężką pracę, punktualność – same pozytywy. Trzymanie wagi też wymaga dużej dyscypliny.

J.B.: Występują u Pana jakieś nawyki z okresu życia skoczka narciarskiego, które utrzymały się do dziś?

R.M.: Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale myślę, że wyniosłem z tego chociażby to, że dobrze jeżdżę na nartach, mam dobrą równowagę i koordynację. Myślę, że same pozytywy, które można powiedzieć, że z racji mojego wieku, fizycznie mnie odmładzają.

J.B.: Za czasów Pańskiej kariery nie było przeliczników za wiatr, co Pan o nich uważa? Są potrzebne, czy może nie?

R.M.: Jestem do tego bardzo sceptycznie nastawiony, aczkolwiek przy aktualnym poziomie sprzętu byłoby bez nich ciężko przeprowadzić zawody. W przypadku ich braku, zapewne dość często zdarzałyby się zmiany belek, powtórzenia serii. Z mojego osobistego punktu widzenia, nie podoba mi się to, lecz pod względem praktycznym musiało to zaistnieć i iść w tym kierunku.

J.B.: Kto z ówczesnej kadry miał największy talent?

R.M.: Myślę, że nie trzeba tu wymieniać Adama Małysza. Bardzo dobrze zapowiadał się Wojtek Skupień, był też Marek Gwóźdź. Nie tak utalentowany jak pozostali zawodnicy, ale z potencjałem występował też Łukasz Kruczek, nadrabiał przede wszystkim ciężką pracą. Sądzę, że wszyscy zawodnicy z ówczesnej kadry mieli predyspozycje do uprawiania tego sportu.

J.B.: Gdyby miał Pan wskazać najlepszy konkurs w karierze, który by to był?

R.M.: Ogromne wrażenie zrobiły na mnie na pewno Mistrzostwa Świata w Trondheim. Liczba kibiców, atmosfera na tych zawodach, a chociażby to, że nocowaliśmy na statku, na dwóch promach, to było też coś innego. Równie dobrze wspominam każde Igrzyska Olimpijskie, moje pierwsze w Nagano było świetnie, w Ameryce tak samo. Jestem zadowolony, iż miałem możliwość zaprezentowania się na tych zawodach.

J.B.: A teraz pytanie odwrotne do poprzedniego, najgorszy konkurs, który kompletnie nie wyszedł?

R.M.: Raczej konkurs drużynowy w Sapporo, wtedy była to ewidentnie moja wina. Wiem, gdzie był błąd i co zawiniło. Problemem był nieodpowiedni kombinezon, który został źle dobrany.

J.B.: W 1999 po pierwszej serii konkursu w Zakopanem był Pan liderem. Co potem nie wyszło?

R.M.: Wszyscy mnie o to pytają, nie wywarło to na mnie za dużego wrażenia. Byłem zadowolony z tego, iż w ogóle zająłem miejsce punktowane, bodajże 15., albo 16. Na tamten moment, tylko na to było mnie stać. Pierwszy skok był rewelacyjny, natomiast drugi kiepski,ale nie przeżywam tego. Nadzieja kibiców była ogromna, bo jednak było to prowadzenie i to dość z dużą przewagą. Wyszło jak wyszło i nie ma co tego żałować.

J.B.: Zakończył Pan karierę po sezonie 2007/2008. Jaki jest powód powiedzenia ,,stop” sportowemu życiu?

R.M.: Głównym powodem była propozycja od ówczesnego trenera kadry Łukasza Kruczka, o pomoc w pracy i zostanie jego asystentem. Z tego co wiem zawodnicy też zadecydowali o tym, kogo by widzieli na tej pozycji i padło na mnie. Skakać chciałem dalej, lecz nie dostawałem powołań do kadry, ale za to w ostatnim moim sezonie wywalczyłem dwa srebrne medale Mistrzostw Polski.

J.B.: Podsumowując swoją całą karierę, jakie ma Pan rady dla początkujących zawodników?

R.M.: Przede wszystkim dużo ruchu, sportów uzupełniających. Myślę, że aktualnie młodym zawodnikom brakuje koordynacji, a w poprawieniu jej pomagają np. narty biegowe i myślę, że chociażby biegi narciarskie mogą uzupełniać kariery młodych skoczków.

Rozmawiała: Julia Borowczyk